fbpx

Jak się (nie) motywować?


Motywacja to ten bodziec, który skłania do akcji. Często – w ogóle do rozpoczęcia działania. Każdy z nas jej potrzebuje. Niestety, czasami zamiar zamiarem, chęci chęciami, a życie życiem.  

Ja mam tak, że kiedy robię coś, co sprawia mi przyjemność, motywacja przychodzi sama. Nie mogę się doczekać, aż wezmę się do pracy. Jednak kiedy mam zrobić coś, co nie do końca mi “leży”, moja motywacja zachowuje się paskudnie. Im bardziej jej potrzebuję, tym bardziej jej nie ma.

Jak się zmotywować, zwłaszcza, kiedy tak bardzo się nie chce? Kiedy czas goni, a w głowie, zamiast zapału zaczyna rządzić panika i wyrzuty sumienia?

Sam często mam przesyt wszechobecnych motywacyjnych tekstów, ale tutaj nie mam wątpliwości. Podstawowy warunek, który pozwala zabrać się do działania to:

Pozytywne myślenie

Nie wiem, jak Ty, ale kiedy jestem w złym nastroju, nie mam ochoty nic robić. Kiedy nic nie robię, zaczynam odczuwać frustrację. To błędne koło. Wiem, że to, co muszę w takiej sytuacji natychmiast zrobić, to zapanować nad emocjami i zacząć myśleć racjonalnie. Nie: “Nie chce mi się”, “I tak nie zdążę”, “To mi się i tak nie uda”, tylko: “Mam jeszcze kilka dni, to dużo czasu”, “Przecież to jest łatwe”, “Im prędzej zacznę, tym szybciej będę miał to z głowy”.

Nie zawsze umiałem tak się nastawić. Pozytywnie. Widziałem ogrom pracy przed sobą i zbliżający się w szaleńczym tempie termin. Ponieważ obowiązek, który miałem przed sobą, bardzo mnie (delikatnie mówiąc) zniechęcał, odwlekałem go, próbowałem zapomnieć, zupełnie bez sensu, prawda? Efekt był taki, że swoje zadanie wykonywałem w mega stresie, na ostatnią chwilę i bez najmniejszej wiary w powodzenie. I rzeczywiście, wychodziło różnie. Sukces zazwyczaj był umiarkowany.

Przypadkiem trafiłem na informację, że ludzie szczęśliwi pracują wydajniej i częściej osiągają sukces. Rzeczywiście, kiedy czuję się szczęśliwy, chętnie biorę się nawet za nudne zadania. Nawet sprzątam chętnie. Postanowiłem zatem z premedytacją stać się optymistą. Zwłaszcza w obliczu trudnych wyzwań. Tak, wiem, poczuć się szczęśliwym na zawołanie jest jeszcze trudniej niż zabrać się za nudny projekt. Przecież nie zakochasz się po to, żeby wziąć się do pracy. Bez sensu. Siłą woli nie zmienisz listopadowej pluchy w majowe słońce. Ja też nie.

Co wtedy robię?

Staram się zachwycać małymi rzeczami. Zauważam pozytywne drobiazgi. Przypominam sobie, ile razy udało zrobić mi się podobną (albo podobnie trudną/nudną rzecz) naprawdę dobrze. Zmuszam się do tego optymizmu. To robię z moją głową. A co robię z zadaniem, którego robić tak bardzo mi się nie chce? A choćby dzielę je na mniejsze części. Na małe cele, które łatwiej jest osiągnąć. Układam plan pracy i się go trzymam. Wymaga to pewnej dyscypliny, ale dość szybko praca według pewnego stałego porządku wchodzi w nawyk. Ja, na przykład, codziennie o 21 ustalam cele na kolejny dzień i analizuję, czy udało mi się zrealizować te dzisiejsze. Jeżeli nie, ustalam dlaczego się nie udało i przesuwam je na następny dzień. Oprócz tego piszę dziennik wdzięczności – opisuję, co dobrego mnie spotkało w ciągu dnia i za co jestem wdzięczny (tutaj nie zapominam o sobie i celach, które udało mi się zrealizować).

Każdy mały sukces sprawia satysfakcję, a satysfakcja podnosi motywację. Sam na sobie przekonałem się, że optymizm i pozytywne myślenie wcale nie są takie trudne do uzyskania. I rzeczywiście popychają do działania. A jeżeli chcesz dowiedzieć się więcej o pracy z harmonogramem, zapraszam tutaj.

Jest jeszcze coś, co robię, żeby utrzymać wysoki poziom motywacji, a o czym kiedyś często zapominałem:

Nagrody

Zawsze niby wiedziałem, że system nagród jest bardzo motywujący. Sprawdzał się wśród moich uczniów, ale nie potrafiłem zastosować go u siebie. Dużo obowiązków, mało czasu… Zanim jeszcze wpadłem na pomysł pracy z harmonogramem i wyznaczania sobie mniejszych celów, nie miałem nawet siły myśleć o nagrodach. Często tak się zdarza – robisz coś na ostatnią chwilę, więc czasu masz mało. No i ja też tak pracowałem/uczyłem się – byle szybko, byle dużo. Kiedy kończyłem, byłem tak zmęczony, że marzyłem tylko o tym, żeby pójść spać. Pewnie, sen jest miły i potrzebny, ale te kilka godzin snu po ciężkiej pracy to nie jest żadna nagroda. To potrzeba. Efekt był taki, że każde kolejne zadanie kojarzyło mi się z nerwami, zmęczeniem i nieprzyjemnym obowiązkiem. Moja motywacja za każdym razem dramatycznie spadała.

Kiedy zacząłem czuć się i wyglądać jak zombie, nie potrafiłem porozmawiać ani o najnowszych filmach, ani o tym, co się dzieje na świecie, postanowiłem coś zmienić. Znowu skoncentrować się trochę na sobie.

Pomyślałem więc: “Człowieku, robisz kawał dobrej roboty; jesteś w tym naprawdę dobry. Zasługujesz na trochę przyjemności”. I odpowiadałem sobie: “No fajnie, Michał, dzięki, że mi to mówisz, ale ja nie mam czasu na przyjemności”. “To go znajdź”.  No to znalazłem.

Wiem, że mam na przykład dwie godziny na pracę nad filmikiem na bloga. Wiem, że nie zrobię w tym czasie całego odcinka. Nie szkodzi. Staram się maksymalnie wykorzystać te 120 minut. Nie odwlekam. Za to obiecuję sobie konkretną nagrodę po pracy. To nie musi być nic wielkiego. Jak skończę scenariusz, to obejrzę film, wyjdę ze znajomymi na kawę, zjem obiad na mieście. W dwie godziny można zrobić naprawdę dużo, a równie dobrze można nie zrobić nic. Jeżeli wiem, że po pracy czeka mnie miłe spotkanie z przyjaciółmi, pracuję dwa razy lepiej. Chodzi o to, że sam przed sobą chcę zasłużyć na tę nagrodę. To podwójna korzyść: lepiej wykonane zadanie i większa przyjemność z nagrody.

Jest tu jedna pułapka – czasem korci, żeby nagrodzić się awansem: najpierw zjem kilo frytek, a później się pouczę. W takiej kolejności ten system nie działa!

Ale w szczególnie trudnych przypadkach działa:

Presja otoczenia

Muszę doprecyzować. Chodzi o wspierającą presję. Już wyjaśniam.

Kiedy mam coś do zrobienia, lubię to robić sam. Nie mam potrzeby rozgłaszania światu, że mam akurat ważny projekt do wykonania. Chcę usiąść w spokoju i go skończyć. I tyle. Zwykle sprawa wyglądała tak, że moje “ważne projekty” kończyły się moją frustracją oraz pretensjami krewnych i znajomych o brak czasu i uwagi. Nie mówiłem nikomu, że jestem zajęty, więc normalnie dzwonili, przychodzili i czegoś chcieli. A ja się chciałem zająć czymś innym i, no czasami zachowywałem się rzeczywiście nieuprzejmie.

Teraz zmieniłem taktykę. Mówię, że mam ważną rzecz do skończenia, że zajmie mi to, powiedzmy, trzy dni, i przez ten czas będę mało dostępny. Tak, tak, jestem teraz miły i asertywny. I okazuje się, że inni dla mnie też. To, że szanują mój czas, jest wspaniałe. Ale od czasu do czasu dopytują: i jak? dużo dzisiaj zrobiłeś? skończyłeś już? a skończysz na czas? pomóc ci jakoś? To taka presja połączona ze wsparciem – najbardziej motywująca mieszanka. Działa fantastycznie – bo przecież skoro komuś zależy, żebyś sobie poradził, to chcesz sobie poradzić. I jakie to miłe wiedzieć, że komuś też zależy:)

A sprawa najważniejsza w poszukiwaniu motywacji i nie tylko, to:

Równowaga między życiem a pracą

Tak samo, jak z pozytywnym myśleniem, zawsze mi się to wydawało oczywiste. W teorii. Ale kiedy przyjrzałem się swoim zwyczajom, zauważyłem, że praktyka kuleje. Jestem osobą obowiązkową i sumienną, dlatego, jeżeli miałem coś do zrobienia, to wiedziałem, że muszę to skończyć. Nawet jeżeli zacząłem w ostatniej chwili. Pracowałem więc w sporych nerwach do upadłego. Kiedy zacząłem prowadzić bloga, potrafiłem codziennie po pracy siadać i dopracowywać szczegóły, realizować kolejne pomysły. Rano wstawałem, szedłem do pracy, w międzyczasie coś jadłem, później korepetycje, wracałem do domu, siadałem do komputera i szedłem spać. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby doba miała chociaż pięć godzin więcej. Albo gdyby taki maraton trwał przez tydzień. Ale to trwało znacznie dłużej i im bardziej pogrążałem się w pracy, tym bardziej nie wyglądało na to, że to się zmieni. Kiedy znajomi przestali mnie zapraszać na wspólne spotkania, zorientowałem się, że coś jest nie tak.

Zacząłem szukać czasu dla siebie i innych. Tym razem znowu pomógł mi dokładny plan działania, wyznaczenie małych celów i dużo samodyscypliny. Swoją drogą, kiedy byłem w liceum gdyby ktoś mi powiedział, że będę się pilnował, żeby NIE pracować, to chyba bym nie uwierzył. Ironia losu – wtedy szala priorytetów mi się przechylała w przeciwną stronę:)

W każdym razie, teraz bardzo staram się znaleźć czas i na obowiązki, i na rozrywkę. Czasami wyjeżdżam na kilka dni i nie biorę ze sobą komputera. Robię sobie taki reset. Zmieniła się też jakość mojego wypoczynku. Kiedy spaceruję, staram się nie myśleć o niczym poza tym, co widzę. Kiedy z kimś rozmawiam, koncentruję się tylko na tym. Kiedy się modlę, nie błądzę myślami gdzie indziej. Ćwiczę się w uważności. Jeżeli chcesz się o tym dowiedzieć więcej, zajrzyj tutaj.

Oprócz tego, staram się codziennie zrobić coś dla zdrowia, coś dla drugiej osoby i coś dla relaksu. To tylko trzy punkty, a kolosalnie zmieniają jakość mojego życia. I mimo tego, że mniej czasu poświęcam na obowiązki (a może właśnie dlatego), pracuje mi się lepiej, wydajniej, szybciej i …chętniej.

Ten tekst to nie jest poradnik. To tylko moje przemyślenia, doświadczenia i działania, dzięki którym udaje mi się odnajdować motywację do pracy i nauki. Identyczna strategia niekoniecznie sprawdzi się dokładnie tak samo u Ciebie. Na przykład, mnie równowagę pomaga odzyskać spokojny spacer; u Ciebie może to być wyjście na siłownię albo malowanie. Starałem się jednak wyodrębnić te punkty, które – ogólnie – pomagają zwiększyć motywację. Przypomnę: pozytywne myślenie, nagrody, pozytywna presja i równowaga między życiem a pracą. Jak je możesz osiągnąć? Swoimi sposobami, bo złoty środek nie istnieje. Każdy musi znaleźć własny sposób.

A może masz jakieś inne sprawdzone metody na zwiększenie swojej motywacji do działania?



signature

Podobał Ci się ten artykuł?

Jeśli tak, to zarejestruj się aby otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach oraz metodach efektywnego uczenia się.
  •  

     

  •  

     

  • Nie ma jeszcze komentarzy

    Co o tym myślisz?

    Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *. Twój adres email nie zostanie opublikowany.